godlo

szyszka

Erasmus + czyli Witaj Francjo!

 

26 kwietnia - wtorek

Kolejny dzień szczelnie wypełniony zajęciami, zaczynamy od wyjazdu do lasu prywatnego i zapoznania się z jego specyfiką, zasadami hodowli i kompletnym brakiem zasad ochrony. Wciąż pamiętamy stwierdzenie z początku naszego przyjazdu, że właściciele lasów prywatnych na tym terenie muszą się mocno pilnować, by zyski z polowań nie przekroczyły zysków ze sprzedaży drewna.
Mieliśmy okazję zobaczyć sztuczne odnowienie sosny, normy sadzenia stosowane przy zakładaniu upraw są tak niskie, że mam wrażenie, iż sosna jest tu gatunkiem pomocniczym. Do zwarcia uprawy powinno dojść w …drągowinie, po 40 latach? Starsze drzewostany sosnowe, które odnawiane były według innych zasad, są pielęgnowane bardzo rzadko, choć mam wrażenie, że w ogóle. Dwa problemy, które pojawiły się na tym terenie, to: szkodnik Korowódka śródziemnomorska (Thaumetopoea pityocampa) oraz grzyb Dothistroma pini i Dothistroma septosporum. Grzyby te to konidialne stadium Mycospharella pini. Grzyb ten powoduje chorobę zwaną „Czerwoną plamistością igieł sosny”. Więcej niczego nie zdradzę, wszak mógłbym narazić się uczniom, którzy o niczym tak nie marzą, jak o opisaniu tych wszystkich leśnych aspektów naszej wyprawy.
Po południu wyruszyliśmy do Orleanu, który nam kojarzy się wyłącznie z Joanną Darc. Po raz kolejny język francuski sprawił mi niespodziankę, przewodnik, a czasami Charles ciągle coś mówili o żandarmach,  więc nerwowo rozglądałem się wokół, patrząc, czy nie robimy czegoś niewłaściwego i  dlatego straszą nas policją? Miałem już wizję, jak  grupa uczniów demontuje zabytkowe krzesła, strugając nogi na patyki do pieczenia kiełbasek, albo nakleja na portrecie Joaśki znaczek „Leśna Ferajna”. Na szczęście „żądar” to francuska wymowa Joan Dar’c, a nie straszenie „władzą”, a nasi uczniowie nie robili niczego złego. Zresztą do tej pory przez cały pobyt nie zdążyli jeszcze nic nabroić. Ja rozumiem, że przez dzień czy dwa są w stanie wytrzymać, ale przecież to już drugi tydzień! Zachowują się jak dziecko, które siedzi na dywanie na środku pokoju z niewinną miną, zaraz po tym jak wylało do zlewu cały zapas perfum mamy, łącznie z flakonikiem Chanel No5. Tylko że tu mamy 24 uczniów, a nie jedno małe dziecko. Co mogli zrobić? Czyżby potajemnie odwiedzili elektrownię atomową w Dampierre?
Wracając do Joaśki, tak naprawdę to ta najsłynniejsza dziewica na świecie nie miała wiele wspólnego z Orleanem, mieszkała tam ledwie 9 dni. Joaśka w czasach wojen stuletnich zebrała paru kolesi, którzy nazwali się AR Maniacy (Zafascynowani Agencją Rolną). A ponieważ siedziba Agencji Rolnej znajdowała się w Orleanie - obleganym wówczas przez Anglików - postanowiła pogonić kota najeźdźcom. Joanna pokonała Anglików, ci wzięli nogi i co tam jeszcze mieli za pas, a dziewica wkroczyła triumfalnie do oswobodzonego miasta. Francuzi ją uwielbiali, uważali, że jest dla nich bezcenna. Jednak znalazł się rzeczoznawca i wycenił ja na 10 000 funtów. Burgundczycy sprzedali ją Anglikom za taką właśnie kwotę. Podczas procesu trwającego półtora roku Howart Webb zagwizdał „spalony”. Tak oto dwa lata po wyzwoleniu Joanna Darc - sprzedana przez Francuzów - spłonęła na stosie. To oczywiście znaczne uproszczenie, podczas wojny stuletniej Francja walczyła nie tylko z Anglikami, toczyły się również krwawe spory wewnętrzne o tron. Joaśka tak naprawdę przesadziła, ubierając się w męskie stroje, co jak na tamte czasy było rozpustą. Podobno Joanna była również czarującą kobietą -  a już to wystarczyło, by skorzystać z kieszonkowego podręcznika „Młot na Czarownice”, czyli pewnego rodzaju „savoir vivre” dla inkwizycji. Ta pełna kurtuazji organizacja dla swoich podopiecznych sprowadzała nawet obuwie z Hiszpanii – urocze prawda?


prosto z Francji wasz korespondent Conduire


wstecz