Konkurs literacko-plastyczny „Z Bożym narodzeniem w tle” rozstrzygnięty!

W atmosferze przygotowań do Wigilii i rodzinnych Świat Bożego Narodzenia przedstawiamy przepiękne utwory literackie oraz niezwykłe dekoracje świąteczne laureatów konkursu „Z Bożym Narodzeniem w tle”.

Może zwycięskie prace plastyczne staną się inspiracją, jak przyozdobić dom, a może opowiadania i wiersze skłonią do refleksji o wartości nadchodzących dni…
Bardzo dziękujemy wszystkim uczniom, którzy przysłali do nas swoje prace.
Wyniki konkursu przedstawiają się następująco:

Kategoria plastyczna:

natalia wisniewska I

I miejsce - Natalia Wiśniewska II c

karolina bukowska II

II miejsce - Karolina Bukowska II c

jakub kedzierki III

III miejsce - Jakub Kędzierski III a

izabela matysiak III1

III miejsce - Izabela Matysiak III a

 

Kategoria literacka:

 

I miejsce - Jakub Brzoza III a

Na piętrach rzeczywistości

                                –14 –
Pożółkłe liście dawno opadły z samotnych drzew,
Tworząc pełen złotych tonów szeleszczący dywan.
W lesie na dobre umilkł tak nieśmiały ptaków śpiew.
Za oknem plucha jak to ostatnio w grudniu bywa.
Na zewnątrz królował przeszywający na wskroś wiatr,
Zamieniając w krainę zimna przydomowy świat.
Stromą ścieżką, niczym wstęga pnąca się do góry,
Pośpiesznie podążała postać tęgiej postury.
Wydawać się mogło, że idąc tak prędkim krokiem,
Chciała się znaleźć wewnątrz domu jeszcze przed zmrokiem.

                                –13 –
Potężne drzwi wejściowe silnie zaskrzypiały.
Wtem stanął w nich mężczyzna mocno podstarzały,
Z sięgającą mu do pasa srebrzystą brodą.
Nie przejmując się zbytnio ‘’świąteczną’’ pogodą,
Swych ciężkich, skórzanych kozaków zdjąć zapomniał.
Ślad buta na dywanie, wnet go oprzytomniał.
Szybko pozbył się wierzchniej warstwy swej odzieży,
I rozpoczął przygotowania do wieczerzy.
Tak pochłonięty corocznej misji spełnieniem,
Zajął się kwestią najprzyjemniejszą – jedzeniem.

                          –12 –
Zapach potraw wypełniał już kuchnię całą.
Pyszna woń owładnęła przestrzeń tak małą,
Na tyle prędko, że wręcz niepostrzeżenie,
Wzbudziła u gospodarza zaskoczenie.

Głuchą ciszę przełamała woda wrząca,
Sprawiając, że tą atmosferę gorąca,
Za murami domu czuć było z daleka.
Wigilijny czas bezlitośnie uciekał,
Kolacja zbliżała wielkimi krokami.
Trzeba było uporać się z pierogami.

                       –11 –
Grzybowy farsz z kapustą doprawiony,
Falowane brzegi pełne dbałości.
Ciasto cienkie, dzięki wałkowi żony,
Symbolowi nagłych zdarzeń przeszłości.
Smutny brodacz chwycił przedmiot drewniany.
Ten w dłoni, przypomniał mu zapomniany,
Przez aktualne życie w samotności,
Najpiękniejszy okres pełen miłości,
Gdzie na pierwszym miejscu gościła ona:
Koleżanka, dziewczyna. Potem żona.

                      –10 –
Przypomniały się cudowne chwile.
Wspominając dalej je tak mile,
Z zgorzkniałego na twarzy starucha,
Zmienił się w młodości pełnej ducha,

I szalonych przygód podróżnika,
Który ciągle z domu się wymykał.

Choć w to samo miejsce podróżował,
Żadnej swej wyprawy nie żałował.
By być u swej kochanej Alicji,
Jeden raz przez bramę przejść próbował.
Potem, by nie wpaść w ręce policji,
Przez calutką noc się w krzakach chował.

Przenosząc się do świata swych wspomnień,
Firany zmieniały się w pochodnie.

                    – 9 –
Ogień trawiąc wszystko dokładnie,
Pochłaniał co tylko popadnie.
Szybko znikała zabudowa.
Nagle spadła belka stropowa.
Razem z nią runęło pół dachu,
Tworząc ocean pełen strachu.
W kuchennym kącie była skryta
Pani domu. Stojąc jak wryta,
Ze wszystkich sił uciec pragnęła,
Lecz ostatnią ucieczki drogę,
Budząc w niej jeszcze większą trwogę,
Wielka ściana ognia odcięła.

Mąż Ali wracał wtenczas z pracy,
Nie wiedząc co zaraz zobaczy.

              – 8 –
A pożar nawet na chwilę,
Nie ustawał we swej sile.
Prędko czarne dymu chmury,
Uniosły się hen do góry.
Wkoło rosły lasy same,
Kreśląc mapie okolicy,
Ogromną zieleni plamę,
O jaką trudno w stolicy.

Dom zajmował wielkie wzgórze.
Dzięki tej lokalizacji,
Dobrze widoczne podwórze,
Było już od samej stacji.

Z pociągu wysiadł mąż Ali.
Widząc co dzieje się w dali,
W reakcji na zagrożenie,
Ciało owładnęło drżenie.
Pobiegł co sił przerażony,
By ratować życie żony.
            – 7 –
Do domu go dzieliły
Dwa kilometry, które
W nieskończoność się wiły,
Jak nuda w dni ponure.

Choć wciąż biegł niestrudzenie,
Wzrastało w nim zmęczenie,
A jego organizm tkwił,
W nieustannym spadku sił.

Z każdym kolejnym krokiem,
Walczył z wewnętrznym smokiem.
Walka ta była trudna,
Pełna przeszkód, nierówna.
Nie wyszedł z niej zwycięsko.
Jego największą klęską,
Był widok zgliszczy domu,
Pełen zniszczeń ogromu.

Po tym co już zobaczył,
Targany przez swe nerwy,
Opętany w rozpaczy,
Płakał głośno bez przerwy.

Głosy w głowie mu szeptały,
Że szuka jej już na próżno,
Że same kości zostały,
Że na pomoc jest za późno.

          – 6 –
Owe mroczne byty,
Jednak nie wiedziały, o
Włazie zardzewiałym,
W podłodze ukrytym.
Z kuchni prowadził on
Podziemnym tunelem,
Wprost pod piwniczny schron,
Wykuty przed weselem.
- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -
Zwątpienie wygrało.
Jako, że już szukać
Się nie opłacało,
Chcąc siebie oszukać,
Wziął się za sprzątanie.
Przerzucając deski,
Dostrzegł niespodzianie,
Wpierw wałek niebieski,
Potem rączkę drobną,
Z manelą ozdobną.
Ta się poruszyła,
Dając znak, że żyła.
Za dłoń ocalałej,
Chwycił z siły całej.
Po chwili oboje,
Tuląc ciała swoje,
Na ziemię upadli,
Jak od cięcia szabli.
Wreszcie mając siebie,
Czuli się jak w niebie.

A ich oczy przeszklone,
Od łez rwących strumieni,
Były w siebie wpatrzone,
W tle gasnących płomieni.

         – 5–
Od tych wydarzeń
Minęły lata.
Mnóstwo ich marzeń
Świata, czas splatał.
Ów czas pozwolił,
Wznieść dom od nowa.
On również sprawił,
Że ta choroba –
Bestia podstępna,
Jakże swawolna,
I jej gra wstępna,
Niszczyły z wolna,
W gniewie ambicji
Dnia ich każdego,
Wnętrze Alicji i
Jej kochanego.

Żyjąc w tle cienia,
W braku spokoju,
Pełni cierpienia
I niepokoju,
Szybko się stali
Aż tacy mali,
Wobec problemu,
W jakim ostali.

Ledwo miesiąc potem,
Kiedy słodko spała,
Ala, pożegnała
Się ze swym żywotem.

                   – 4 –
                            Trzy,
                                    dwa,
                                            jeden…
Zegarowa kukułka wnet szesnastą wybiła.
Ów melodia śpiewu ptaka, starca wybudziła,
Z jego głębokiego, wewnętrznego zamyślenia.
Te swą naturą, przypominało do złudzenia,
Stan totalnej hipnozy umysłu, dla którego
Liczyły się tylko wspomnienia czasu przeszłego,
Zaś dziejące się w chwili obecnej wydarzenia,
Traktował jako nieważne, bez żadnego znaczenia.

Pusta obojętność mimowolnie przeminęła.
Zastąpiła ją potrzeba potraw dokończenia,
Która świeżą wrzawę naczyń w kuchni rozpoczęła,
Tłumioną ciągłym dźwiękiem skwierczącego smażenia.

Niebawem przykryty białym obrusem stół cały,
Wraz z talerzami, które go dumnie pokrywały,
Zamienił się w wielką paletę pełną barw odcieni,
Tonącą w karpiowych brązach i barszczu czerwieni.

Za nim symfonia sztućców zagrała skrzypce główne,
Za nim w ruch poszły serwetki ułożone schludnie,
Jeszcze przed wzejściem pierwszej gwiazdki na niebie mroku,
Zgodnie z przedświąteczną tradycją, tak jak co roku,
Starzec sięgnął po swój skarb schowany w starej szafie.
Chwilę potem położył na stole fotografię.
Gdy już przetarł małym palcem kurzu grubą warstwę,
Odsłaniając pięknej urody zdjęcia niewiastę,
Nie mógł oderwać wzroku od owalnej twarzyczki,
Błękitnych źrenic, warkoczy splecionych w różyczki,
I znajdującej się na odwrocie dedykacji
Nie za długiej, ale poetycko pełnej gracji.

Nasza                                                       żywa.
miłość                                      zawsze
jakże                          na
prawdziwa, pozostanie
Pokona wszelkie granice, barierę wieku. Ukaże to co najlepsze w każdym człowieku.
Uczucie jakim darzy się dwoje ludzi, wolę do najtrudniejszej walki obudzi.
Me serce silniejsze od setek armii, co dzień się Twym serca
Biciem karmi. Bez Ciebie nie ma mnie. Nie ma też
Nas. Z Tobą wolniej płynie
CZAS.

 

Długa łza po jego pulchnym policzku spłynęła.
Tak, już po raz dwudziesty Wigilia się zaczęła.

Nie zapominając jednak o polskiej tradycji,
Wnet dodatkowe miejsce przy stole przygotował.
Obok siebie postawił stare zdjęcie Alicji,
Dające złudne wrażenie, że sam nie ucztował.

I gdy tak sensu życia w pustym talerzu szukał,
Niespodzianie do drzwi jego domu ktoś zapukał.

W jednej chwili wypełniona już po brzegi sala,
Wbita w swe różowe siedzenia, oddech wstrzymała.
Wnet opuściła się kurtyna krwiście czerwona.
Czekając końca filmu, widownia zniesmaczona,
Prędko opuściła budynek miejskiego kina,
I udała się do domów oglądać Kevina.

II miejsce – Łucja Kowal II b

Z duche skarpety m świąt
Święta. Czas radości i pokoju. Przynajmniej tak powinno być. W te święta, jak co roku, po alejkach pobliskiego parku spacerowało wiele zakochanych par i szczęśliwych rodzin. Przyjrzyjmy się więc jednej. Trójka postaci opatulonych w ciepłe kurtki, szaliki i czapki. Kolejna szczęśliwa rodzina, ciesząca się świętami i własnym towarzystwem. To jest to, co widzą inni przechodnie. Amelka jednak, pomimo że miała dopiero 6 lat, widziała więcej. Szła z tyłu za dwoma, wysokimi postaciami. Mimo że szła z nimi, czuła, że równie dobrze mogłoby jej tu nie być. Widziała lekko zmarszczone brwi rodziców i ich krok, nie zrelaksowany, ale sztywny. Efekt corocznej świątecznej kłótni. Nie podobała jej się ta tradycja. Wokół nich atmosfera była tak gęsta, że można by ją kroić nożem. A Amelce nie wolno było używać noży – zwłaszcza takich, którymi można coś pokroić. Gdyby w tym momencie się obrócili, zobaczyliby, że mina na twarzy ich córeczki, zupełnie przeczy temu, co chcieli osiągnąć poprzez rodzinny spacer, a jej krok coraz bardziej zwalnia, sprawiając, że dystans między nimi niebezpiecznie się powiększa.
Amelka zdała sobie sprawę, że nie widzi już rodziców. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła pełno ludzi – uśmiechających się, ale obcych. Szybko zaczęła panikować. Pobiegła przed siebie, aby jak najszybciej ich odnaleźć. Nie zauważyła nawet, kiedy świat zaczął się rozmazywać, a jej policzki zrobiły się mokre. Gdy zrozumiała, że się na dobre zgubiła, wszystkie siły ją opuściły. Usiadła na parkowej ławce i rozpłakała się jeszcze bardziej. Po chwili zaczęła drżeć. Można całkowicie zrzucić to na emocje targające jej drobnym ciałem, ale wartym uwagi jest też fakt, że robiło się coraz zimniej, a śnieg coraz szybciej pokrywał wszystko bielą. W takich warunkach nie mogła oprzeć się wizji kubka ciepłej czekolady, przyrządzonej przez jej mamę i wygrzewania się pod jej ulubionym kocykiem. Widząc przechodzących ludzi, coraz bardziej czuła się jednak samotna. Nie doświadczyła jeszcze czegoś takiego, w całym swoim sześcioletnim życiu.
Czuła na sobie nieustannie wzrok przechodniów, którzy jednak szybko go odwracali i szli dalej. Amelka wzdrygnęła się, dostrzegając, że jedna, ubrana w biały płaszcz osoba nie mija jej, a idzie prosto w jej kierunku. Poczuła wielką ulgę. Już miała wstać i pobiec, aby wtulić się w bezpieczne ramiona swojego taty. Gdy jednak postać podeszła bliżej zrozumiała jedno. To nie jest jej tata. Kolejny potok łez został powstrzymany przez strach, który w tym momencie ogarnął Amelkę. Ileż to razy słyszała: „Nie oddalaj się, bo przyjdzie zły pan i Cię zabierze”. Z szeroko otwartymi oczami przyglądała się, jak obcy podchodzi coraz bliżej.
— Jak masz na imię? — zapytał życzliwie mężczyzna, uśmiechając się do Amelki.
— A-Amelka — odpowiedziała lekko drżącym głosem, gdy stwierdziła, że nie wygląda, jakby chciał ją porwać. Poczuła nawet nadzieję, że jej pomoże.
— Gdzie są twoi rodzice? — spytał. Nie wyjawił swojego imienia, ale głowę Amelki zaprzątały ważniejsze rzeczy, niż jego tożsamość.
— Ni-nie w-wiem. — tyle zdążyła powiedzieć, nim znowu spanikowała, a jej roztrzęsiony głos zamienił się w wybuch płaczu.
Amelka cała się spięła, gdy poczuła, że ramiona obcego ją obejmują. Po chwili jednak rozluźniła się i wtuliła mocniej, bo przypomniało jej to momenty, gdy przytulała się z tatą.
— Chodź. Pomogę Ci ich znaleźć. — powiedział mężczyzna, wyciągając rękę w stronę Amelki, gdy trochę się uspokoiła.

Gdy szli, próbował zająć dziewczynkę rozmową, aby nie myślała o tej smutnej sytuacji, w której się znalazła.
— Opowiedzieć ci bajkę? — zapytał w pewnym momencie.
— Tak! — odpowiedziała mu Amelka, wyglądająca na bardzo podekscytowaną tym pomysłem.
— No dobrze. Tylko pamiętaj, nie jestem w tym za dobry. Mimo to mam nadzieję, że Ci się spodoba.
Amelka pokiwała energicznie głową, chcąc, aby już zaczął.
— Dawno temu, choć wcale nie aż tak daleko, żył sobie chłopiec. Najzwyczajniejszy chłopiec, jaki może być. Miał jednak mało przyjaciół. Pewnego razu zobaczył grupkę osób wyzywających jedną z niewielu osób, między którymi wytworzył coś na kształt przyjaźni. Niezwłocznie stanął w jej obronie. Robiąc to, podpadł dręczycielom. Zostawili w spokoju jego przyjaciółkę, ale przenieśli swoją uwagę na niego. W ciągu paru miesięcy sprawili, że nikt go w szkole nie lubił. Przez parę lat żył z ich docinkami, psikusami i wyśmiewaniem się, a jego dawni przyjaciele znaleźli sobie inne towarzystwo. Coraz bardziej oddalał się od ludzi. Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że nikt oprócz niego się nie liczy.
Gdy w końcu zmienił szkołę. To on stał się dręczycielem. Nie zważał na nikogo i wyznawał zasadę, że jeśli on nie będzie dręczyć, inni będą dręczyć jego. Nie zdobył też żadnych bliskich przyjaciół a jedynie grupkę osób, z którymi znęcał się nad innymi, wiedział jednak, że nie może im ufać.
W końcu chłopiec przestał być chłopcem. Stał się dorosłym mężczyzną i zakończył edukację. Założył firmę, która bardzo dobrze prosperowała. Był jednak okropnym szefem, nikt więc nie pracował u niego długo. Z powodu odchodzących pracowników, coraz gorszej opinii i paru innych problemów, firma upadła. Stracił swój sens życia, jakim było zarabianie pieniędzy. Nie mógł też teraz spłacać rachunków i rat kredytu, na dom i jego drogi samochód. W końcu zabrano mu mieszkanie, a on sam wylądował na ulicy.
W pewne święta podeszło do niego dwoje ludzi, stare małżeństwo, i zaproponowali mu, aby dołączył do nich na kolację wigilijną. Stwierdzili, że wykorzystają wolne miejsce, które tradycyjnie zostawiają przy wigilijnym stole. Nie dowierzając, poszedł z nimi. Byli dla niego bardzo mili i traktowali go jak równego sobie, jak przyjaciela. Podczas tej wigilii coś w nim pękło i na nowo pokochał ludzi. Pierwszy raz prawdziwie poczuł magię świąt. Gdy wychodził już z domu, żegnany przez uśmiechających się do niego staruszków, postanowił, że od teraz będzie czynił dobro, zamiast się nad sobą użalać. W końcu nigdy nie jest za późno na zmiany, prawda? Okazało się, że dla niego chyba było, bo zanim zdążył zrobić cokolwiek dobrego, tuż po wigilii, jego życie zakończyło się pod kołami samochodu. Koniec.
— Nie podoba mi się ta bajka! Bajki powinny mieć szczęśliwe zakończenie! — Stwierdziła niezadowolona Amelka, tupiąc nogą dla podkreślenia wagi swoich słów.
— Oh, no dobrze, może coś da się z tym zrobić — odparł zmieszany mężczyzna i zaczął dopowiadać dalszą część historii. — Umarł, ale jego chęć czynienia dobra była tak wielka, że przytrzymała jego duszę na ziemi. W czasie świąt, ponieważ właśnie wtedy umarł, jego powiązanie ze światem staje się tak duże, że jest w stanie ingerować w losy żywych. Tak stał się duchem świąt Bożego Narodzenia. Dba o to, aby w święta ludzie poczuli świąteczną magię, pomaga tym, którzy tego potrzebują i czuwa nad szczęściem w każdej rodzinie, przy której się zatrzyma. Jeśli ktokolwiek będzie smutny w święta, znaczy to tylko jedno. Duch świąt jeszcze do niego nie dotarł. W końcu ludzi jest bardzo dużo, a święta nie trwają wiecznie. — Zakończył mężczyzna, spoglądając na Amelkę, z zadowoleniem dostrzegając, że tym razem jest usatysfakcjonowana. Bajka zakończyła się w idealnym momencie, można bowiem już było dostrzec dom Amelki.

Rodzice Amelki obejmowali się, wspierając się na sobie nawzajem. Powody dzisiejszej kłótni odeszły w zapomnienie. Stały się zupełnie bez znaczenia. Ogarniało ich poczucie winy i wielki strach o ich małą córeczkę.
— Czemu siedzimy w domu, też powinniśmy jej szukać! Jest coraz zimniej i zaraz zrobi się ciemno. A co jeśli coś jej się stało? — Wyrzuciła z siebie mama Amelki.
— Ewa… wiesz dobrze, że Policja kazała nam czekać w domu, jakby wróciła. Znajdą ją. Na pewno. – Próbował ją pocieszyć mąż, chociaż wewnątrz targały nim wątpliwości, a w głowie wyobrażał sobie najgorsze scenariusze.
— To miały być radosne święta… — powiedziała cicho Ewa, pociągając nosem.
Marcin nic nie odpowiedział, tylko przytulił ją mocniej i lekko pogłaskał po włosach.
W ciszy rozległ się dźwięk dzwonka. Ewa i Marcin popatrzyli na siebie z nadzieją i szybko ruszyli do drzwi. Gdy otworzyli je, ich oczom ukazał się najpiękniejszy widok, jaki mieli nadzieję ujrzeć. Amelka, stojąca przed nimi cała i zdrowa. Ewa natychmiast rzuciła się w stronę Amelki i zamknęła ją w szczelnym uścisku, a po jej twarzy spłynęło parę łez ulgi.
— Sama wróciłaś do domu. Moja dzielna dziewczynka. – Powiedziała szczęśliwa mama, po długim uścisku.
Amelka spojrzała na nią zaskoczona.
— Nie… przyprowadził mnie miły pan. Przecież stoi za mną. — Obróciła się, aby na niego wskazać, ale jej mała rączka zatrzymała się w połowie, a na jej twarzy odmalowało się zdziwienie.
Miły Pan zniknął. O jego wcześniejszej obecności nie świadczyły nawet odciski na śniegu. Jedyne co zostało w ich pobliżu, to lecące z nieba białe płatki i świąteczne ozdoby, którymi przystrojony był ogród.

III miejsce - Łukasz Cieplicki III a

 

W noc Bożego Narodzenia zwierzęta z sosnowego lasku zebrały się razem ze zwierzętami z małego gospodarstwa w starej opuszczonej stodole, aby ustalić, co jest najważniejszym elementem świąt. Zebranie rozpoczął stary puchacz:
– Kochani, w dzisiejszą noc, kiedy każdy z nas uzyskał moc ludzkiej mowy, zebraliśmy się, aby ustalić, co jest najważniejszą częścią Świąt Bożego Narodzenia. Kto z was drodzy druhowie chce przedstawić swoją propozycję jako pierwszy?
Na przód wystąpiły dziki i świnie:
– Potrawy i ciasta, puchaczu, kwik, kwik, potrawy i ciasta. Cóż to za święta bez pierogów z grzybami, pierniczków, makowca, barszczu z uszkami czy karpia? Wielu zebranych pokiwało głową, kiedy z tłumu wypaliła sarna:
- Oczywiście ty dziku i twoja rodzina myślicie tylko o jednym. Wszyscy przecież wiedzą, że najważniejsza jest choinka i ozdoby, to one nadają atmosfery świętom. Pomyślcie, co jako pierwsze przychodzi wam na myśl, kiedy myślicie o świętach? No właśnie każde z was myśli teraz o choinkach, bombkach, złotych łańcuchach i stroikach. Znów wiele głów zaczęło kiwać się w górę. Tym razem głos spróbował zabrać mały wilk:
– A co z…
Jednak nie dane mu było dokończyć swojej myśli, gdyż przerwał ją jazgot kur i leśnych ptaków. – Wszyscy jesteście w ogromnym błędzie – zaćwierkał słowik – Każdy ptak wam powie, że esencję świąt stanowią kolędy. To one jako pierwsze zwiastują rozpoczęcie się sezonu bożonarodzeniowego. Któż nie zna "Dzisiaj w Betlejem", "Lulajże Jezuniu" czy tak uwielbianego przez ludzi "Last Christmas"? Wszystkie wróble, lelki, sikorki, kaczki i kury podniosły wrzask, aby poprzeć słowa słowika.
– Nieprawda, przecież najważniejsze jest… - mały wilk raz jeszcze spróbował zabrać głos, ale i tym razem nie zdołał wyrazić swojego zdania.
– Ciszej szczeniaku, dorośli rozmawiają – skarcił go jeden z psów siedzących obok wilków.
– Nie mogę już słuchać tych okropnych głupstw, które wygadujecie – zawarczał alfa watahy – To prezent i podarunki, które otrzymujemy, są najważniejsze. Kto z nas nie cieszy się, kiedy dostaje coś o czym od dawna marzył? – wszystkie zwierzęta zaczęły się kłócić i przekrzykiwać nawzajem. Świnie i dziki upierały się przy potrawach, sarny, jelenie i krowy naciskały na dekoracje świąteczne, ptaki wyśpiewywały kolędy, próbując przekrzyczeć resztę zebranych, wilki i psy wyły i warczały o prezentach, które chcą dostać.
Wśród kwików, treli, gdakania, pisków i wrzawy mały wilk powiedział cicho:
– Przecież w świętach chodzi o bycie razem, z tymi którzy są nam bliscy. Nagle z jednej z belek podpierających strop stodoły spadł gliniany garnek, który po kontakcie z ziemią roztrzaskał się na kawałki. Kłótnie natychmiast ucichły, oczy wszystkich skierowały się na ukryty w ciemnym kącie kształt. Po belce zaczął przechadzać się wielki czarny kocur o żółtych jarzących się oczach.
– Spójrzcie na siebie – powiedział, kręcąc głową. – Zachowujecie się zupełnie jak ludzie. Myślicie tylko o jedzeniu, prezentach, zabawie i świecidełkach, a nawet jedno z was nie pomyślało o tym, co jest naprawdę najważniejsze. No może jedno z was wiedziało, ale zostało natychmiast uciszone. – powiedział spoglądając na małego wilka.
– Bycie z naszymi najbliższymi jest najważniejszą i najpiękniejszą częścią świętach. Wszyscy zebrani spojrzeli po sobie, kiwając głowami w porozumieniu. – Zatem ustalone, najważniejsze w świętach jest bycie razem, z tymi którzy są bliscy naszemu sercu. Wszyscy za? – zwierzęta jednogłośnie zgodziły się, po czym zaczęły rozchodzić się do swoich domów. Mały wilk spojrzał na czarnego kota, który przeciągał się na belce, demonstrując swoje pazury. – Dziękuję, że się za mną wstawiłeś. – powiedział. – No cóż, w tę noc giną wszystkie waśnie, nawet tak stare jak te między psami i kotami. – Waśnie? – A no, tak psy, a w tym przypadku wilki i koty nie za bardzo się lubią. Ale w tę szczególną noc, wszystko się może zdarzyć. Zresztą z nich wszystkich tylko ty mówiłeś z sensem – kot położył się i ziewnął przeciągle. – Nie idziesz świętować, spotkać się z swoimi bliskimi? Pyszczek kota posmutniał. Nie mam już nikogo bliskiego. Moja pani zmarła dawno temu, a rodzeństwo mieszka daleko stąd.
– To może pójdziesz do mnie, będziesz niespodziewanym gościem!
– Hmm – mruknął pod nosem. – Dziwniejsze rzeczy miały miejsce, więc czemu nie kot w gościnie u wilków? – mówiąc to, zeskoczył na ziemię i razem z małym wilkiem udali się na świąteczną kolację.

 

 III miejsce - Martyna Kępa II c

Boże Narodzeniemikolajki

Miało być tak kolorowo
Biały puch okolice pokrywać miał
Dzieci bawiłyby się wesoło
Rzucając śnieżkami tu i tam
Zapach świąt niósłby się wokoło
Ludzi grom prezentów szukałby
Pod pachą z choinką wesoło
Kolędujesz ja i Ty
Jednak teraz jest inaczej
Radość świąt nie sprzyja nam
Trzeba żyć ze świadomością tego
Że nie ma obok najbliższego
Dziadka, ciotki, nawet stryja
Myśląc o tym smutek kieruje mną
Ale przecież to Boże Narodzenie
Cząstka radości z nadejścia Boga ratuje to
Ubierzemy choinkę, przy stole zasiądziemy też
Będziemy wypatrywać pierwszej gwiazdki,
A dzieląc się opłatkiem pomyślimy o tych
Z którymi moglibyśmy kolędować jak co rok
Ale może jeszcze kiedyś się zdarzy
Że pójdziemy na pasterkę razem
Wracając powspominamy tylko
Jak było i co się zmieniło
Teraz nic mi nie zostaje
Tylko życzę szczęścia Wam
Bo rodzi się tu nowe życie, nasz Pan.

Wyróżnienia:


Alicja Rzepa II a
Kacper Łach II b
Mateusz Gębski II a
Mikołaj Banaś II c
Kacper Łach II b
Paweł Poneta I a

Gratulacje!
Marzena Błaut, Antonina Lipińska, Izabela Cholewińska