Image
Image
Image
Image

Konkurs „Z Bożym Narodzeniem w tle” – grudzień 2021 rok

Konkurs „Z Bożym Narodzeniem w tle” od wielu lat pozwala uczniom pokazać swoje zdolności zarówno literackie, jak i plastyczne.

 

Konkurs na wiersz lub opowiadanie o tematyce bożonarodzeniowej.

Czytanie utworów o tematyce bożonarodzeniowej wprawia w odświętny nastrój, zwłaszcza że uczniowie z bardzo dużą wrażliwością potrafili ująć to, co najważniejsze podczas Bożego Narodzenia, oddali atmosferę życzliwości i ciepła.

Wyniki konkursu w tej kategorii przedstawiają się następująco:

I miejsce ex aequo Jakub Brzoza i Łukasz Cieplicki

Jabub Brzoza

wigiliaLudzie mówili o nim, jak o sumie wszystkich strachów. Strachów, które narastały z lęków poprzednich pokoleń, by ostatecznie stać się przestrogą dla następnych.
Od niepamiętnych lat w Greenwich w przeddzień Wigilii stawało się nieswojo. To samo miasteczko, w którym jeszcze parę miesięcy temu roiło się od małomiasteczkowego zgiełku, krzyków dzieci wygłupiających się na placach zabaw – nagle zamierało, jak za sprawą jakiejś tajemniczej siły. Tętniące niegdyś życiem parki, czy targi, teraz stały opustoszałe. Wydawać się mogło, że ktoś lub coś zapomniało o Greenwich. Lecz było to tylko nikłe złudzenie. ONO doskonale pamiętało, a pamięć ta narastała każdego 23 grudnia.
Tom naciągał na uszy kołdrę z całych sił, tylko po to, by nie słyszeć kolejnej kłótni rodziców. Nie lubił, kiedy mama z tatą się kłócili. Doprowadzało go to do łez. Po łzach ogarniał go lęk, że może nastać taki dzień, w którym przyjdzie mu wybierać z kim ma zamieszkać. Bał się, że będzie to dziś. Rodzice jeszcze nigdy tak bardzo na siebie nie wrzeszczeli. Krzyki roznosiły się po całym salonie, a następnie wdrapywały krętymi schodami na drugie piętro, gdzie mieścił się pokój Toma. Nawet nie pukały, wpakowywały się nie otwierając drzwi i zostawały tam tak długo, jak długo trwała kłótnia. Zazwyczaj powodem domowych awantur były pieniądze, a ściślej ich brak. Jednak tego dnia to Tom znajdował się w centrum uwagi. Dominowało też słowo rozwód, które Tom znał doskonale.
- Naprawdę będziesz dalej słuchał tych bzdur na swój temat?! – Harold wybrzmiał niespodziewanie.
- Ale… - Harold nie dał nawet Tomowi dokończyć. Posiadał bowiem silniejszą od niego osobowość, która pozwalała na dominację nad chłopcem.
- Nie uważasz, że czym prędzej powinieneś stąd czmychnąć? Same kłopoty są z tobą. Ty znikasz i kłopoty także. Proste – odparł przekonująco
- Skoro tak mówisz… W sumie to zawsze masz rację.
- No pewnie, że mam. A ty uciekaj, nie zastanawiaj się już dłużej. Chyba nie chcesz, żeby rodzice się kłócili przez ciebie, prawda?
- Nie chcę. NIE CHCĘ!
Do szkolnego plecaka upchał wszystko to, co miał pod ręką. Najpierw wrzucił latarkę, sprawdzając wcześniej, czy aby na pewno jest naładowana, w przeciwnym razie nici z ucieczki. Była. Niedługo potem wleciał scyzoryk i cały zestaw małego harcerza. Spod łóżka, gdzie przetrzymywał swoje największe skarby wygrzebał linę, po której planował wydostać się na zewnątrz. W pośpiechu zgarnął jeszcze paczkę kabanosów oraz butelkę wody. Telefon zostawił na stoliku. Na wszelki wypadek, by go nie namierzyli, tak jak tych przestępców, których widział na filmach oglądanych z rodzicami w czasach, gdy kłótnie nie były codziennością. Coś tam wystukał palcem na ekranie i przeszedł do wspinaczki. Wcześniej linę przywiązał do nogi łóżka, które było w stanie utrzymać jego ciężar.
Zszedł, udało się. Poszło łatwiej niż się spodziewał. Stojąc na tyłach domu, rozejrzał się wkoło i już miał włączać latarkę, kiedy przypomniał sobie, że nie jest to najlepszy pomysł, bo któryś z sąsiadów mógłby uznać go za złodzieja. Jako, że przeprowadził się z rodzicami do Greenwich 4 miesiące temu, nie zdążył jeszcze dobrze poznać tutejszych terenów. Postanowił więc, że będzie się trzymał pierwszej napotkanej ścieżki. Jednak w lesie za domem nie jest było to takie proste. Tam ścieżki bywały pokrętne, lubiły pojawiać się i znikać w najmniej spodziewanych momentach. Na tych ścieżkach nieraz gubili się wędrowcy szukający przygód. Później ich samych szukano, ale nigdy nie znajdowano.
Księżyc rzucał blask na lśniące w jego świetle kryształki lodu. Skrzypiący pod butami śnieg nieustannie przypominał chłopcu, że ścieżka, którą podąża dawno nikt nie szedł. Latarka oświetlała wystarczająco dużo, by Tom mógł dostrzec to, co znajdowało się 50 metrów przed nim. I bynajmniej nie były to widoki przyjemne. Las zdawał się żyć własnym życiem. Wszystko wyglądało tak mrocznie, tak strasznie, tonęło w mroku. W efekcie umysł chłopca traktował otoczenie jako potencjalne zagrożenie. Jego wyobraźnia płatała figle. Tu widział ruszającą się skałę, gdzieindziej drzewa biły mu pokłony. Nagle usłyszał trzask łamanej gałęzi. Sparaliżowany strachem stanął w bezruchu i wyszeptał:
- Harold, pomóż proszę.
- Stary nie bój się! Pamiętasz Freddiego?
- Tego z IV C, który mówi, że jestem dziwakiem, bo gadam sam do siebie?
- Nie, Kruegera. On to był dopiero straszny. Nic tylko uciekać przed takim z pełnymi portkami. A to przecież jest tylko zwyczajny las. Daleko mu do Kruegera. Parę drzew i tyle. Widziałeś kiedyś, żeby ktoś bał się kilku starych drzew?
- Nie widziałem.
- No właśnie, ja również, więc i ty się nie bój, bo nie ma czego.
Tom po słowach Harolda nabrał odwagi i dalej maszerował już dziarskim krokiem.
Harold był dla niego przyjacielem, na którego zawsze mógł liczyć, który zjawiał się kiedy tylko tego potrzebował. Mógł się zjawić na każde zawołanie, gdyż siedział w jego głowie. Tom wymyślił go sobie, by tak jak inni w jego wieku, mieć przyjaciela. Pomagał mu w trudnych chwilach, zwłaszcza kiedy rodzice się kłócili, zaś kiedy nie mieli dla Toma czasu – zastępował któregoś z nich, a gdy zaszła potrzeba nieraz i obojga.
W oddali, dokładniej z miejsca, gdzie wcześniej dobiegł niepokojący głos, coś się poruszyło. W świetle latarki zdawało się sięgać koron drzew. Było ogromne. Tom nigdy przedtem nie widział czegoś tak dużego. Zamknął oczy myśląc, że to wszystko jest jedynie koszmarem, z którego ciężko się wybudzić.
Tymczasem w domu Toma, kłótnia dobiegła końca. Jego matka – Mery, podążała w stronę pokoju chłopca, by ucałować go na dobranoc. W głowie układała sobie już co ma powiedzieć Tomowi jutro rano, kiedy to razem z mężem mieli wyznać synowi, że się rozwodzą. Nie wiedziała tylko, że zamiast syna, ujrzy jedynie niezasłane łóżko i linę. Ależ było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że Tom uciekł. Gdy o wszystkim powiadomiła męża, intuicyjnie zerknęła na telefon syna. Po chwili ekran rozjaśnił się, wypełniając dużymi literami. Tom przed ucieczką, zdążył jeszcze coś napisać i właśnie to trzymała Mery w rękach:
Drodzy Rodzice!
Uciekłem, bo miałem dość tych wszystkich awantur, krzyków które się nie kończyły. Inni rodzice tak nie robią i wy też tak nie róbcie, proszę nie zostawiajcie mnie. Nie lubię być sam, ale teraz jestem. Uciekłem, bo Harold mówił, że tak będzie dobrze. Wrócę jak się pogodzicie.
Kocham Was, Tom
Kiedy powieki rozwarły się, znajoma postać stała bliżej niż ostatnio. Na tyle blisko, by móc się jej lepiej przyjrzeć. Tylko jak tu się czemuś przyglądać, gdy ciałem zawładnęły drgawki, z ust trudno cokolwiek wydusić, a mózg nie pozwala działać nogom, które rwą się do ucieczki. Tom próbował wzywać Harolda. Bezskutecznie. Język stanął mu jak kołek, zaś przełykaną przez niego ślinę było słychać z odległości co najmniej kilometra. Stwór wyciągnął rękę w kierunku chłopca, by go chwycić. Ale nie złapał go tak, jak wyobrażał to sobie chłopiec. W tym geście było coś magicznego, coś co przypomniało chłopcu najpiękniejsze lata dzieciństwa. Tym czymś był uścisk. Stwór objął go swoimi futrzastymi ramionami i przytulił do siebie. Tom nie wiedział co się dzieje, poczuł wewnętrzne ciepło. Kilka sekund temu myślał, że zaraz zostanie pożarty przez bestię niewiadomego pochodzenia. A teraz ta sama krwiożercza istota go tuliła.
Tuliła się też Mary w ramię ojca Toma. Po wykonaniu telefonu na najbliższy posterunek policji, oboje stwierdzili, że życie ich syna jest cenniejsze ponad wszelką miarę, a spory należy zażegnać, gdyż tylko działając razem są w stanie odnaleźć chłopca. Znali też doskonale procedury w przypadku zaginięć. Przez najbliższe 48 godzin mogli tylko czekać, albo wziąć sprawę w swoje ręce. Najpierw wzięli latarki, a potem grupę sąsiadów, która miała pomóc im w poszukiwaniach.
Stwór przypominał nieco ogromną owcę o głowie kota. Z bliska nie budził już strachu. Spiczaste uszy odstawały symetrycznie po obu stronach łba, cierpliwie czekając na to, co powie chłopiec. Ciekawość wygrała ze strachem i wkrótce Tom przemówił:
- K-kim T-ty wła- właściwie jesteś?
Odpowiedziała mu cisza. Chwilę później stwór rozdziawił paszczę, z której wystawały dziesiątki tępo zakończonych zębów.
- Noszę różne imiona. Nazywają mnie potworem, bestią z lasu, ale musisz przyznać, że aż tak strasznie nie wyglądam? Mimo to dorośli straszą mną dzieci, mówiąc, że je porywam.
- A porywasz?
- Tak naprawdę to one same do mnie przychodzą. Tak jak Ty.
- I co z nimi robisz?
- Jeśli liczysz na to, że odpowiem Ci, że zjadam w ciemnej grocie, to grubo się mylisz. Ja im pomagam. Tak jak Tobie teraz. Musisz wiedzieć, że ten las jest magiczny i spełnia życzenia, ale tylko w jeden dzień do roku. Ten dzień przypada właśnie dzisiaj. Zanim coś powiesz dobrze się zastanów. Wielu ludzi, którzy mnie spotkali, wybrało niewłaściwą ścieżkę i do Greenwich wróciło ściągając na miasto klątwę. Byli to dorośli, którzy pragnęli niekończących się pieniędzy i sławy. Nie podziel ich losu. A więc czego sobie życzysz?
- Żeby rodzice się pogodzili.
- Cudownie. Załatwione, choć myślę, że już to zrobili zanim mnie o to poprosiłeś. Tom, coś Ci poradzę. Za kilka godzin Wigilia, Twoi rodzice odchodzą od zmysłów, szukają Cię, a Ty gadasz z dużą, puchatą kulką. Wracajże do nich czym prędzej!
Tom pobiegł przed siebie, niesiony cudowną energią, która nie pozwalała mu się zatrzymać dopóki nie wybiegł z lasu, gdzie rzucił się wprost w ramiona stęsknionych rodziców.
Odtąd Greenwich nie musiało się przejmować wigilijną klątwą, która została zdjęta z miasta za sprawą małego chłopca, który pokazał, że serce dziecka jest szczere, jego pragnienia proste i w przeciwieństwie do co poniektórych dorosłych potrafi dostrzegać to, co w życiu jest najważniejsze 

Łukasz Cieplicki

Dziad Proszalny, a może ktoś więcej?

Pewnego wieczoru, w noc Bożego Narodzenia w niewielkiej mieścinie, na rynku pojawił się Dziad Proszalny. Nikt go wcześniej nie widział, nikt o nim wcześniej nie słyszał i nikt szczególnie nie zwracał na niego uwagi, bo i kto by się przejmował jakimś starcem podczas ostatnich przedwigilijnych zakupów? Nieznajomy przycupnął na schodach kapliczki, jednak nie żebrał, siedział tylko i nucił cichutko kolędę. Kiedy zaczęło robić się ciemno, a gwar na targu zaczął powili ustępować ciszy nocy, Dziad podniósł się i podpierając się swoją zakrzywioną laską ruszył do najbogatszej dzielnicy miasteczka. Szedł wystrojonymi alejkami, które wręcz świeciły od ilości złotych ozdób, którymi przystrojone były domy i okoliczne latarnie. Ludzie równie wystrojeni co ich domy spieszyli się, niosąc w rękach wszelakie pakunki, prezenty i podarki. Tułał się tak niby to bez celu, kiedy do jego uszu dobiegły głośne śmiechy i okrzyki. Kiedy staruszek zwrócił wzrok w kierunku hałasu, jego oczom ukazała się wielka posiadłość, w której rozświetlonych oknach widać było kręcących się ludzi. Starzec podszedł do drzwi budynku, na których wisiała piękna podłaźniczka, a pod nią miedziana plakietka „Dr R. Ointowisk”. Staruszek złapał wychudzoną ręką za kołatkę do pukania i zastukał trzy razy, jednak nikt nie odpowiedział. Dziad Proszalny zastukał raz jeszcze. Wtem drzwi otworzyły się i stanął w nich otyły mężczyzna. Odziany w gustowną czarną kamizelkę ledwo upinającą jego brzuch. Spojrzał na przybysza, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył drugiego człowieka. – Dobry gospodarzu, tułam się już szmat czasu. W chłodzie, głodzie i pragnieniu, czy w tę jakże świętą noc znajdzie się dla mnie przy waszym stole miejsce i ciepłej strawy kęs? – zapadła cisza. Mężczyzna spojrzał nerwowo, upewniając się, czy czasem nie ma świadkiem rozmowy „między dwiema klasami społecznymi”. - A co ja jestem przytułek? – warknął półszeptem człowiek w kubraku, marszcząc spocone czoło i mrużąc czarne brwi. – Nie będę narażał się na zasmrodzenie mojego domostwa przez jakiegoś łachmytę. Co by sobie pomyśleli moi goście, gdybym wpuścił byle kogo w moje progi! – Jeśli wpuścić mnie nie chcecie, dajcie chociaż coś na drogę, bom jest głodny co niemiara. – Jeszcze czego! Będzie mnie objadał, pewnie chciałbyś jeszcze jakiś grosz?! Wynoś się, bo ci tą twoją laską plecy przećwiczę. – zagroził doktor, po czym trzasnął drzwiami. Starzec posmutniał, spojrzał raz jeszcze na bawiących się na przyjęciu ludzi i ruszył w dalszą drogę. Nagle poczuł na nosie coś zimnego, spojrzał w niebo. Z zebranych nad mieściną czarnych chmur zaczynał padać śnieg. Wraz z jego nadejściem opuścił bogatą część miasta i znalazł się w dzielnicy przemysłowej. Domy w tej części miasteczka nie były aż tak wystrojone, jednak każdy z nich miał swój własny skromny świąteczny urok, wszystkie oprócz jednego. Jeden dom stał całkowicie pozbawiony wszelkich dekoracji, jedynie blade światło jaśniało tylko w jednym pokoju, ujawniając, że ktoś jest w środku. Starzec wspiął się po starych stromych schodach do pięknych dębowych drzwi. Podniósł dłoń, zmierzając zapukać, kiedy spostrzegł sznurek wiszący przy framudze z przypiętym do niego kawałkiem skóry, napisane na niej było „Uprasza się o korzystanie z dzwonka, gdyż drzwi wykonane są z niezwykle drogiego drewna, a pukanie upapranymi łapami mogłoby je uszkodzić. Z poszanowaniem Pan L.I. Czykrupa”. Starzec postąpił według prośby właściciela domostwa i pociągnął za sznurek. Z okna pokoju, w którym paliło się światło, zabrzmiało ciche dzwonienie. Niewyraźny blask poruszył się niespokojnie i nagle zniknął. Po chwili światło pojawiło się w kolejnym oknie, tym razem na niższym poziomie domu. Jego źródłem okazała się być świeczka, której delikatna łuna oświetliła upiornie wyglądającą twarz człowiek w szlafroku. W ułamku sekundy człek ten dziwny zniknął tak szybko, jak się pojawił. Dziad miał już dać za wygraną, kiedy zza drzwi dało się słyszeć przekręcanie zamków i wszelkie inne kliki, chrzęsty i chrupnięcia. Drzwi delikatnie uchyliły się, ukazując fragment smukłej twarzy pana domu podejrzliwie łypiącego na starego garbusa. - Kimże ty jesteś? Czemu przeszkadzasz mi w prowadzeniu rachunków? – Dobry gospodarzu, tułam się już szmat czasu. W chłodzie, głodzie i pragnieniu, czy w tę jakże świętą noc znajdzie się dla mnie przy waszym stole miejsce i ciepłej strawy kęs? - mężczyzna przewrócił oczami. – No nie, nie, nie, nie. Kolejny zacofany dureń łazi po nocy z jakimiś bujdami o Bożym Narodzeniu i przeszkadza normalnym ludziom w pracy i zarobku. – Ależ drogi gospodarzu dzisiaj noc narodzin Zbawiciela, czas radowania … - A co mnie to obchodzi, że ktoś kiedyś wymyślił sobie bajkę o jakimś czarodziejskim dziecku? Idź mi stąd, ty stara purchawo. Dziś jest dzień jak każdy inny. Gdyby to ode mnie zależało, całkowicie zakazałbym tego harmidru, kolędników i wygłupów! Dobrej nocy! – powiedział, po czym szybko zamknął drzwi. Nocny tułacz raz jeszcze pozostał sam na mrozie. Poprawiwszy swe poszarpane odzienie powolnie opuścił próg kolejnego domu, z którego został przegnany. Ruszył w dalszą drogę, mrok i chłód tej najświętszej z nocy. Z każdym jego krokiem drobno prószący śnieg zaczynał coraz bardziej przypominać burzę śnieżną. Opuściwszy dzielnicę przemysłową znalazł się na ulicy prowadzącej prosto do bram miasta. Tuż przy wyjściu starzec obrócił się, by raz jeszcze spojrzeć na niegościnne dla niego miasteczko, po czym powolnie zaczął kuśtykać w kierunku bram. Już miał pchnąć bramę i opuścić miejsce, w którym nie zaznał świątecznej gościnności, kiedy usłyszał wołanie. – Ejże! Dziadku Mrozie! Czemu to tułasz się w wigilię?! – przy samym murze otaczającym mieścinę stała mała chałupina. W jej progu wyłoniła się staruszka w czerwonej chuścinie i zielonej spódnicy, przyjaźnie uśmiechała się do Dziada, który przez padający śnieg wyglądał teraz jak najprawdziwszy Dziadek Mróz. - Nikt mnie - droga babciu - w dom swój przyjąć nie chciał, nikt mnie wieczerzą nie uraczył, więc opuszczam tę mieścinę z wielkim smutkiem i beznadzieją. – Przykro mi to słyszeć. – zachmurzyła się babulina. – Ja i mój wnuk chętnie cię ugościmy, wedle tradycji będziesz naszym niezapowiedzianym gościem. – Dziad podrapał się po brodzie. – Dobroć serca odrzucić to grzech, więc z radością dołączę do waszej świątecznej wieczerzy. – starowinka uśmiechnęła się i gestem ręki zaprosiła przybysza do środka. Po przekroczeniu progu chatki, nos starca wypełnił zapach świeżych pierników. Wnętrze domku było skromne, jednak przepełniała je świąteczna atmosfera. Girlandy, ręcznie robione łańcuchy i pierniczki zdobiły małą choinkę stojącą w kącie pomieszczenia, które pełniło funkcję zarówno kuchni, jak i sypialni, wnioskując po małym łóżku przy piecu i posłaniu na zapiecku. Przy stole z trzema nakryciami i stroikiem z palącą się świecą siedział młodzian w białej koszuli, z rzadkim czarnym wąsem i w połatanym cylindrze. Strugał on nożykiem małą figurkę Maryi, mającą uzupełnić stojącą pod choinką szopkę betlejemską. – A o to i mój wnuk, Edwardzie nie dłub w drewnie przy stole, to nie wypada. Chłopak wyrwany ze swojego twórczego transu podniósł się i ukłonił się. – Witaj niespodziewany gościu. – Witaj Edwardzie, piękne małe cudo spod twych rąk wyszło, czyżbyś był cieślą? – Tak, miałem dalej zdobywać nauki wśród mistrzów rzeźbiarstwa, ale cóż zrobić, gdy bieda w okno puka. – zasępił się młodzian, po czym szybko zmienił temat. - Ale dość już naszych zmartwień, dziś nam trzeba się radować, bo w betlejemskiej chacie Synek Boży już złożony. – Prawdę mówisz kochanieńki. Pierwsza gwiazdka już wysoko, pora nam się opłatkiem dzielić. I tak w małej chałupince przy samej bramie miasteczka rozpoczęła się wigilia. Po życzeniach wszyscy zasiedli do wieczerzy. Cała trójka zajadała się złapanymi przez Edwarda rybami, ugotowanym przez babcię barszczem i pachnącymi piernikami. Tuż przed północą, kiedy śnieżyca już ustała, udali się do pobliskiej kaplicy na pasterkę. Po powrocie z mszy Edward zaproponował starcowi swoje łóżko, jednak ten odmówił i chciał ruszać w dalszą drogę. Babcia jednak nie chciała pozwolić mu włóczyć się po zimnie i zaproponowała miejsce na poddaszu. Niespodziewany gość w końcu uległ i po chwil w chałupie przy bramie mieściny zgasło ostatnie światło świecy. Jednak sen młodego cieśli został z nieznanych mu przyczyn przerwany. Podniósł się z łóżka, rozejrzał się i spostrzegł blask jaśniejący z poddasza, gdzie spał Dziad. Skuszony ciekawością postanowił zobaczyć, co też robi o późnej godzinie. Cicho, by nie zbudzić śpiącej babki, wspiął się po drabinie. Kiedy wszedł już na górę, ku jego zdziwieniu po Dziadzie nie było śladu. Tuż obok jego słomianego posłania stała latarnia, a obok niej jego laska. Młodzian złapał za laskę i zszedł na dół, zasmucony faktem, że przybysz odszedł bez pożegnania. Kiedy obrócił się w stronę okna spostrzegł stojącą na zewnątrz postać. Zauważywszy to, szybko ruszył na zewnątrz, nawet nie zakładając na siebie płaszcza. – Zaczekaj! – wykrzyknął, wybiegając na dwór. – Nie zapomniałeś o czymś? – jednak przed młodzieńcem nie stał garbaty starzec w obszarpanych łachmanach, a człek wyprostowany w pięknej złoto-czerwonej biskupiej szacie. Od człeka tego biła iście niebiańska aura. Edward na jego widok osłupiał, a język jego stał się jakby z ołowiu. – Właśnie miałem się wrócić po mój pastorał, dziękuję ci Edwardzie. – powiedział nieznajomy z uśmiechem sięgając po laskę, która w mgnieniu oka ze starego krzywego kija zmieniła się w srebrny pastorał. – Wybacz, że opuszczam was tak bez słowa, ale zostawiłem pod waszą choinką prezenty dla ciebie i twojej babci, jako wyraz mojej wdzięczności za gościnę. A teraz muszę już znikać, mam jeszcze wiele miejsc do odwiedzenia. Wtem wiatr zawiał mocniej, ciskając drobiny śniegu w oczy chłopaka. – Dziękuję wam za przyjęcie mnie do swego domu i wesołych świąt! – zabrzmiał głos nieznajomego niesiony przez echo, które stawało się coraz cichsze. Kiedy wiatr się uspokoił, po tajemniczej postaci nie było już śladu. Młodzian stał oszołomiony niezwykłymi wydarzeniami, kiedy przypomniał sobie o słowach starca. Wrócił do środka i zajrzał pod drzewko. Leżały pod nim dwie skrzynki, Edward ostrożnie podniósł wieko, a jego oczom ukazały się księgi do nauk i pieniądze. Edward nie mógł uwierzyć szczodrości nieznajomego, którego imienia nawet nie poznał. Wtedy właśnie jego wzrok przykuł fragment papieru. Pisało na nim „Za ukazanie dobroci serca, wśród skąpców i chciwców. Mikołaj z Miry.”.

II miejsce Martyna Kępa

skarpetyJuż ciemno za oknami
dobijają się do nich już tylko płatki śniegu
Zacina, tak jak dzisiejszy dzień
Był i już go nie ma
Choinka, która nadal świeci
Zaraz zostanie sprzątnięta
Pierwsza gwiazdka
już zniknęła
A wszyscy bliscy?
Już Ich nie ma
Chwile tak ulotne
Nie obejrzę się
A przy stole zostanę sam
Samotnie będę patrzył na choinkę
I na ten śnieg za oknem
Czy będzie tak samo?
Już nie
Czy święta to dekoracje,
stroiki, bombki, światełka?
Święta to My
My, bliscy, ludzie
Kto o tym pamięta?
Śmiejemy się razem
płaczemy ze szczęścia
Radujemy Bożym Narodzeniem
Staramy się być sobą
Nie tylko od święta
Pomagamy
Tym, którzy tego potrzebują
Gdy robimy coś dobrego
Nawet takiego małego
Z czasem wrócimy tam
Gdzie byliśmy nie tak dawno
Do codzienności
Szarej rzeczywistości
Braku świątecznego blasku

I tylko w naszych sercach
pozostaną wspomnienia
ciepła rodzinnego
i uroku Bożego Narodzenia

Wyróżnienie Alicja Bartosińska

Stroiki i dekoracje świąteczne były przygotowane niezwykle starannie i pomysłowo. Jury nie miało łatwego zadania, dlatego kierowało się głównymi kryteriami oceny, czyli: oryginalnością pomysłu oraz wykorzystaniem naturalnych materiałów.

Nagrodzeni i wyróżnieni w tej kategorii uczniowie to:

I miejsce – Jakub Kędzierski

miejsce1

 

II miejsce – Kamil Grochowina

miejsce2

 

III miejsce – Zuzanna Bukowska

3 miejce

Wyróżnienia: Jan Duda, Olaf Kamiński

Serdeczne podziękowania za udział w konkursie składamy wszystkim uczestnikom, a zwycięzcom gratulujemy!
Izabela Cholewińska, Antonina Lipińska i Marzena Błaut

Stowarzyszenie "Knieja"

deklaracja

feedback
Image
feedback

Platfoma MOODLE

Image

Dziennik elektroniczny VULCAN

Image
feedback

Jubileusz 50-lecia Zespołu Szkół Leśnych w Zagnańsku

ZSL Zagnańsk "Okiem ucznia"

100 dni do matury Technikum Leśne Zagnańsk hotel grafit trailer teledysk

Rykowisko 2016 Zagnańsk.

Rykowisko 2017 ZSL Zagnańsk

Rykowisko 2018 ZSL Zagnańsk

Rykowisko 2019 ZSL Zagnańsk

Noc bibliotek 2021